Krzysztof Sokół: Titties Bronchitis

Titties Bronchitis

In-hospital kopia

1.

 

Józef cały swój wolny czas spędza na patrzeniu na respirator, jak mu tam miga na zmianę CMV i ASV, jak powietrze się w pomieszczeniu tłoczy, więcej go i więcej, aż serce rośnie, serce przerasta to wszystko, tak jest i będzie, na wieki wieków amen, nie ma czym się przejmować, Józef już się do tego przyzwyczaił, choć trudno mu uwierzyć, że jeszcze tydzień temu był na Hawajach, w Hiltonie kazał wymieniać materac sprężynowy na hipoalergiczne siano, konsumował przegrzebki i małże świętego Jakuba, kąpał się w obrzydliwie prywatnej i pięknej lagunie, wdał w płomienny romans z pokojówką – prywatnie hawajską królową, przespał się także z pewną światowej sławy tenisistką o udach jak grecki posąg, a w zasadzie dwa konkretne greckie posągi, Kolosy o budowie i aparycji Dawida. Pięknie mieć w nodze tyle mięśni, tyle ścięgien, więcej niż ja mam w całym moim chudym ciele – powiedział jej na odchodne. A ona zniknęła na korytarzu, który prowadził go do tego tu oto respiratora, jej natomiast nie ograniczał przestrzennie, wiódł na salony większe niż cały hotel, tamtym korytarzem szła od zwycięstwa do zwycięstwa, wygrała Roland Garros, wygrała Wimbledon, posiadła także Józefa w jego pokoju za 280 dolarów za noc. Wzrok Józefa wciąż wlepiony był w respirator, rozbierał go na części, czego robić nie powinien, respiratory to delikatne rzeczy.

Co za piękne życie prowadziłem – krótko podsumował Józef.

 

2.

 

Prowadziłem piękne życie – mówi Józef do mężczyzny stojącego obok, który wygląda jakby miał niskie ciśnienie parcjalne tlenu we krwi, jakby mu FVC spadło poniżej siedemdziesięciu procent, jakby przeżył swoje trzydzieści paczkolat na pracy przy azbeście w Doniecku. Przydałby ci się – uśmiechnął się Józef i kiwnął głową w kierunku respiratora – nie?

Jesteś najchujowszym anestezjologiem, jakiego znam – mówi po chwili zdyszany mężczyzna. Tak sądzisz? – pyta Józef. Ja to wiem. Ten gość nie żyje.

Respirator mówi mi co innego, odparł Józef. Respirator nic nie mówi, tym respiratorem delikwenta po prostu pompujesz, tłoczysz w niego powietrze, którego potrzebuje teraz tak samo jak mocnej kawy, nowego Lamborghini i dobrego seksu. Nie wiem po kiego chuja to robisz, choć podejrzewam, że ty po prostu nie wiesz do czego respirator służy. Pacjent od początku nie żył, wziąłeś go sobie z kostnicy i robiłeś EKG, tyle, że nie jemu, a swojemu cholernemu respiratorowi, ale – ha! – sądziłeś, że to właśnie respirator służy do robienia EKG, prawda Józefie? Tak było?

Jesteś niemiły, bardzo niemiły… MOGŁEŚ MI TO WSZYSTKO WCZEŚNIEJ POWIEDZIEĆ.

A czy jestem stróżem brata mego, Józefie?

 

3.

 

Józefie, co tu dużo mówić, biegłem z drugiego bloku jak najszybciej umiałem, pacjent tam jest już sobie bez wyrostka, ale wciąż jeszcze bez świadomości, że go nie ma, zawieszony pomiędzy światem gdzie musi wstawać rano i tym, gdzie wstać nie może wcale, ponieważ leży w relaxatio i hypnosis, biegłem ciesząc się w głębi ducha, że spośród żywych i umarłych wybrałeś tych drugich, myślałem, że może wkłujesz się trupowi wenflonem w oko, nie sądziłem jednak, że założysz mu  kaniulę w jelita. Tymczasem udało ci się. Mówią, że nie jesteśmy w Polsce innowacyjni, a proszę. Brawo. Idź do dyrektora i przedstaw swoje metody, może nie ma sensu się napalać na premię, wsiądź w samochód i jedź do ludzi, którzy dali ci prawo do wykonywania zawodu, jedź przed siebie dopóki stać cię na paliwo i takie oto rzeczy.

Profesor Trump już nie żyje. Docent Halżyn też.

Wiem, ale po tym co zobaczyłem, nie sądziłem, że ci to przeszkadza. Odwiedź ich. Zacznij jednak od zwolnienia się.

Nie mogę, mam rodzinę.

Niewątpliwie powinieneś spotkać się z rodziną i porozmawiać o swojej pracy, wyczuwam tu pewien brak zainteresowania z ich strony.

Tak myślisz?

Jestem pewien. Teraz mają do ciebie zaufanie, kiedy leczysz ich na grypę.

Nie myślałem o tym.

Co roku piszę do nich w grudniu, że życzę im jak najlepiej, bo dobrze im życzę, wszystkim innym zresztą też, wysyłam te swoje roszczeniowe życzenia nawet ludziom, których nie znam, którzy być może już nie żyją albo nie są nawet ludźmi, bo kto normalny by się nazywał RWE Stoen lub Pegenige. U mnie z kontaktami interpersonalnymi trochę jak u ciebie z anestezjologią, tak samo mi wychodzi, więc staram się unikać. Po prostu stąd odejdź…

 

4.

 

… bo widzisz, Józefie, ty nie jesteś lekarzem. Jesteś pierdolonym anestezjologiem. To nie jest może  psychiatra-prywaciarz, ale coś jak pediatra albo dermatolog.

ALEŻ JESTEM.

Ja jestem. Nie zakładam wenflonów na jelita, nie wsadzam termometrów w tchawicę, nie zajmuję się parchami i nie przepisuję Xanaksu na haluksy.

JESTEM, TYLKO MUSZĘ POPRACOWAĆ NAD PROCEDURAMI PRACY Z RESPIRATOREM, człowiek w narkozie nie jest w stanie samodzielnie oddychać, dlatego moi pacjenci giną.

Ktoś, kto nie żył przed operacją samej operacji też nie przeżyje, uwierz mi jako chirurgowi. Ja ratuję życie, ty bezcześcisz zwłoki, nie widzisz pewnej różnicy? To co robię jest ważne, ale ważne też, by nie robić tego, co ty robisz. Nie jesteś szalony, jesteś po prostu osobliwie niekompetentny. Granica między życiem i śmiercią leży o, tu przed tobą, ciągnie się aż tam, do okna. Swoją drogą po co tachać jelita denata do okna?

Chciałem lepiej widzieć, gdzie się wkłuć.

Józefie, nad stołem są lampy. Włączasz je tam, nie będę pokazywał gdzie, bo w każdej sali to inaczej wygląda, sytuacja mogłaby cię przerosnąć. W każdym razie możesz je włączyć nie ciągnąc za sobą jelit.

Dobrze wiedzieć, następnym razem…

Józefie… Obrazowo! Pomyśl, że bycie lekarzem, to jak byciem pilotem. Miało tu miejsce naaapraaawdę twarde lądowanie. Nie będzie już następnego razu.

Ale jestem lekarzem, nie pilotem. Z tego żyję. Lubię być tym kim jestem.

Może polub bycie hipisem? Ja mam dyżury po czternaście godzin, jedyne twarze, które widuję, to te, które przeszczepiam, nogi mi do dupy wchodzą od samego stania nad bebechami, to bardzo niezdrowe, Józefie, całe szczęście tylko dla mnie. W twoim przypadku bycie anestezjologiem jest niezdrowe dla społeczeństwa. Jesteś jedynym takim anestezjologiem w kraju. Mam nadzieję. Odejdź niepokonany.

Dziękuję za komplement. Doceniam to, co mówisz. Ale muszę ci coś wyznać… miałem romans z twoją żoną. I z Sereną Williams. I z Venus Williams. I z Robinem Williamsem. I z Robbiem Williamsem. I myliłem ich ze sobą. I z całą stajnią formuły jeden Williamsa też miałem.  Wiesz dlaczego się spotykaliśmy? Bo nigdy nie miałeś dla nas czasu. NIE MIAŁEŚ DLA NAS CZASU. Jesteś pierdolonym nołlajfem, rzeźnikiem, który tylko tnie ludzi… JESTEŚ DLA MNIE CHOLERNIE NIEMIŁY… mówię ci to jako przyjaciel… – głos Józefa wybrzmiewał już na korytarzu.

 

5.

 

Alfred uśmiechnął się. Był chirurgiem, ale przypsychiatrczył i już na progu sali operacyjnej wyczuł borderline jak chlor na basenie. Uważał, że Józef wręcz zbyt mu pochlebia. Zawsze chciał być typem ponurego, genialnego buca, który gardzi gorszym od siebie plebsem, ale nie umiał. Postanowił dać sobie na to czas, wpierw awansować, chłonąć atmosferę w pracy, przejąć styl bycia kolegów i romansować z kobietami swoich wrogów, wycierać kupę z podeszew w kaszmir ich domowych dywanów, stetryczeć, kopać wózki przed hipermarketem, ponieważ ma jedynie plik dwustuzłotówek oraz sześć kart, nie ma natomiast pierdolonej złotówki, dlatego kopie też parkomaty podczas delegacji w Krakowie, krzycząc: miej tu trzy dychy w drobniakach. Alfred całe życie mylił bycie bucem z byciem frustratem. Inne buce pomogłyby mu zauważyć różnicę. Ale Alfred był bardzo samotny. Nie miał czasu nie być.

 

6.

 

Dyrektor Szpitala im. Nienarodzonego Dziecka był człowiekiem bardzo zajętym. Praktyka lekarska, zarządzanie finansami szpitala i wszechobecna śmierć, nie można się nudzić. Pół biedy, jeśli to była ta kostucha na szpitalnych salach czy przebieganych w białym fartuchu majtkowo-niebieskich korytarzach, na tę dyrektor już się zaszczepił, nabył naturalną odporność, miał ją tam gdzieś w sąsiedztwie hemoroidów.

Kiedy dyrektor był młody, cały swój wolny czas spędzał na googlowaniu. Wpisywał: 523 przystanek saska mukowiscydoza, vilasund/marieby rozkładana choroba obturacyjna płuc. Ten czas przeznaczony na strach przed umieraniem narastał, ewoluował w wieczorne poszukiwania titties bronchitis i fellatio carciroma oesophagi. Z nerwów nieustannie dyrektora przeczyszczało, siedział więc na kiblu i wciąż poszukiwał, dlatego czemu oswoił śmierć, stoi teraz przed lustrem, patrzy jej w oczy i goli wąsa.

Dzięki dyrektorowi nie ma już raka. Dzieciom pobiera się komórki macierzyste, wszczepia im się je, gdy zachorują jako dorośli, organizm zdrowieje. Wszyscy, którzy urodzili się po 2078 roku mogą korzystać z lekarstwa dyrektora. Dyrektor urodził się w 1992, w 2073 dostał Nagrodę „JESTEŚMY STRASZNIE WDZIĘCZNI – LUDZKOŚĆ” za zlikwidowanie konieczności umierania. Czeka też na nagrodę Nobla i wyniki MRI. Nie ma dla niego ratunku. Chodzi do pracy z przyzwyczajenia, coś robić musi, nie chce też myśleć o tym, co będzie, raczej straci stanowisko, bo nie można dyrektorować w stanie rozkładu. Mógłby siedzieć w domu i mieć dużo wolnego czasu, lecz umarłby z nudów, umarłby ze strachu. W gabinecie mniej przejmuje się swoim umieraniem, kwalifikuje kolejnych pacjentów do życia wiecznego, w pozytywnym dla nich sensie. Kiedy chorzy pukają do drzwi jego gabinetu, słyszą, że dyrektor nie ma czasu. A kiedy go będzie miał?

Nigdy, słyszą, dyrektor jest już poza czasem. Stoi przy oknie patrząc na przystanek, siedzi w fotelu i restartuje Windowsa albo podpisuje papiery. To wszystko jest już dla niego nieważne.

Reklamy

Rafał Krause – Raport niefinansowy

Rafał Krause nazywa sam siebie producentem wierszy. Zdobył dzięki swoim wytworom kilka nagród, wyróżnień i nominacji w różnych konkursach poetyckich, jednak naszą uwagę przykuł debiutanckim tomikiem „Pamiętnik z powstania”. Jest to „prosta historia poetycka, w której podmiotowi lirycznemu opada gospodarka”. Zrecenzował również w życiu trochę płyt, nawet o Autechre potrafi coś świeżego napisać. Rafał udzielał się jeszcze w paru miejscach, obecnie robi to głownie dla fpiec.pl. Dla nas wyprodukował dawno temu tekst, z którym nie wiadomo było, co począć, aż w końcu stał się jednym przyczynków do zrobienia numeru Rwy pt. „Histeria”.

Redakcja tekstu: Kasia Kałaniuk

Raport niefinansowy

Wstęp

Wiele czasu (ok. 60% myśli) zajmowało w moim życiu zastanawianie się nad tym, co się liczy. Niejednokrotnie (ok. 35% myśli) pochłaniały mnie rozważania nad tym, jak się liczy. Wreszcie zacząłem poważnie analizować (przez ok. 5% myśli) najbardziej szczegółową kwestię – od kiedy się liczy. Rodziło to serię (ok. 30 kombinacji) pytań. Gdzie swój początek ma produktywność, a gdzie koniec ma koniunktura? Ile warte jest spojrzenie w horyzont? Za ile odjeżdża nasz bezcelowy kurs autem po mieście? Jak rozliczają się ptaki z przesiadywań na drzewach? Czy zwierzęta domowe są pożyteczne? Na ile sen szkodzi gospodarce? Czemu flora rośnie na przekór popytom, a fauna niszczy podaże? Czy od wpatrywania się w ścianę można odprowadzać podatek?

Życie to bilans korzyści i strat, stwierdziłby nie tylko Paulo Coelho, lecz także neoliberalny rynek. W centrum zainteresowań tego drugiego są oczywiście te pierwsze. Z kolei straty (czynnik nr 2) są w kapitalizmie na tyle istotne, na ile uda się je przekuć w kapitał, choćby symboliczny – ma on wówczas budować atrakcyjność podmiotu na rynku. Dlatego kapitalizm łapczywie anektuje nasz czas wolny; wszelkie niedopasowania lub subwersje wobec kapitału są w gospodarce rynkowej obracane przeciwko nim samym (vide: chociażby wykorzystywanie atrybutów kultury alternatywnej w reklamie). A zatem czy istnieje jeszcze prawdziwa, szczera, autoteliczna strata? Gdzie możemy poszukiwać straconego czasu? Jak wygląda spędzanie i przeżywanie nieuzasadnionych ekonomicznie chwil?

Takie momenty można i da się opisać. Jak? Używając dostępnego nam języka. Słownika systemu, który sam wyrzuca je poza nawias. Dlatego postanowiłem stworzyć swój raport niefinansowy. Raport z nieoblężonego miasta – zestawienie strat, statystykę nieuwzględnionego. To faktura wystawiona na najbardziej nietransparentne momenty najmniej efektywnego ekonomicznie tygodnia mojego życia w ciągu ostatniego roku.

 

Raport niefinansowy Rafała Krausego z okresu 26 sierpnia – 2 września 2015 r.

 

Wyszczególnienie 26 sierpnia – 2 września 2015 r.
Przychody niefinansowe 2 wiersze* (1 x 4 zwrotki + 1 x 5 zwrotek).
3 posty na Facebooku** (1 x 325 polubień + zasięg 78 tys. odbiorców, 1 x 188 polubień +

zasięg 14 tys. odbiorców, 1 x 104 polubienia +

zasięg 11 tys. odbiorców***).

Koszty działalności operacyjnej 7 minut refleksji w czasie krótkiej podróży tramwajem do pracy (trasa – Rondo Waszyngtona-Muzeum Narodowe, średnio minuta dziennie).
455 minut spoglądania w ścianę lub okno (średnio 65 minut dziennie).
49 minut refleksji w trakcie brania prysznica (średnio 7 minut dziennie)+ zużycie wody – ok. 280 litrów (średnio 40 litrów dziennie), koszt – ok. 3,25 zł brutto.
50 minut refleksji podczas wyjść do toalety w czasie pracy (średnio 10 minut dziennie w czasie dni roboczych).
Czynniki ograniczające działalność 40h spędzonych w pracy, pomniejszone o czas wyjść do toalety (średnio ok. 8h dziennie).
Zysk (strata) z działalności 8h stresu (15h stresu w czasie pracy – średnio 3h dziennie; pomniejszone o 7h podwyższonego poziomu serotoniny – średnio 1h dziennie – spowodowanego radością z napisanych wierszy oraz pozytywnym odbiorem wpisów na Facebooku).
*to wiersze, za które nie otrzymałem żadnego wynagrodzenia i, biorąc pod uwagę mało znaczącą pozycję poezji na rynku wydawniczym, można je w moim raporcie spokojnie zaliczyć na poczet przychodów

**to wpisy na mojej stronie na Facebooku, którą prowadzę incognito, więc nie mogę na niej zbijać kapitału symbolicznego

***stan na dzień 3 września 2015 r.

Komentarz

Wynikiem mojego raportu niefinansowego jest niestety strata w postaci 8h stresu spowodowanego przebywaniem w pracy, której nie pokrywa radość wyrażana w poziomie podwyższonej serotoniny (jej łączna liczba to jedynie 7h w ciągu całego tygodnia). Co najważniejsze – stratą w wypadku powyższego dokumentu są działania motywowane czysto ekonomicznie, natomiast zysk okupiony jest pracą, nie mającą praktycznie żadnej wartości w kontekście rynkowym. Analizujących powyższy raport pozostawiam z pytaniem – kto w jego świetle triumfuje? Artysta czy system?

 

czemu nie powstał numer o “czasie wolnym”

zrzut-ekranu-2017-01-16-o-23-44-36
Ten tekst miał byś pierwotnie wstępem do numeru Rwy pt. „Czas wolny”, ale coś poszło nie tak, o tym poniżej. W tej wersji, którą czytacie, dopisałam do niego tylko nową końcówkę i poprawiłam kilka drobiazgów.

Andżelika Kaczorowska

  1. Rwa nie miała nigdy żadnej strategii, konkretnego celu – powstała tylko dlatego, żeby była. Chciałyśmy/chcieliśmy mieć jakąś materialną rzecz, w której się wyrażamy. Nigdy nie trzymamy się terminów, wszystko przekładamy, a nasze zebrania nie mają określonych ram czasowych i zwykle nie wynika z nich nic konkretnego. Spotkania czasami są raz w miesiącu, czasami kilka razy w tygodniu. Rwa trwa w tym stanie od (prawie) trzech lat, (prawie) czterech numerów i kilkunastu zorganizowanych wydarzeń.
  2. W tamte wakacje udzielałyśmy wywiadu o Rwie. Ustalałyśmy wcześniej, co powiedzieć i dziewczyny koniecznie chciały podkreślić, że jesteśmy czymś stojącym między skłotem a galerią, będącym między kserówkowym zinem a artbookiem. Materiał nigdy się nie ukazał, bo przełożony reporterki stwierdził, że ten temat jednak bardziej nie nadaje się do państwowych mediów niż myślał.
  3. Swoją drogą, od kilku numerów, a może od samego początku naszego istnienia, pada pomysł, by zrobić tym razem tani zin na ksero. Nigdy do tego nie doszło. Zawsze mnie to złościło, dopóki nie zrozumiałam, że większość ekipy Rwy stanowią graficzki/graficy, które/rzy nie tylko wyrażają się przez ilustracje, ale też właśnie przez dobór papieru, kolorów i wielu innych rzeczy traktowanych w dużych mediach drukowanych w służalczy sposób wobec budżetu, kontentu itd. W Rwie kultura wizualna jest tak samo ważna jak tekst, a jedynym naszym ekonomicznym celem jest wyjść na zero.
  4. Gdy zaczynałyśmy pracę nad tym numerem chciałyśmy by dotyczył wakacyjnego relaksu, który w żaden sposób nie jest produktywny. Chodziło o to by m.in. fetyszyzować stare ośrodki wypoczynkowe i wczasy all inclusive. Materiał miał być zebrany latem, jednak nawet nie znałyśmy za bardzo ludzi, którzy mogliby się z nami podzielić takimi doświadczeniami. Zaproponowałam zmianę tematu na czas wolny, jako że było to szersze pojęcie. Tworzenie numeru zeszło się z okresem, gdy większość mojego otoczenia usamodzielniało się finansowo. Stąd zaczynało mnie bardziej interesować to kiedy czas wolny się zaczyna, a kiedy kończy praca. Zapisywałam różne swoje doświadczenia i moich zipków, którzy opowiadali, że mogą grać na konsoli w pracy, jak chodzą na swoje pierwsze seanse filmowe ufundowane przez firmę, imprezy integracyjne czy przynoszą do domu czteropak piwa w nagrodę za dostarczenie w terminie odpowiednich dokumentów działowi księgowości.
  5. Gdy pytałam potencjalnych autorów/autorki o to, o czym chcieliby napisać to często pojawiał się temat klubu, jako miejsca, gdzie faktycznie można przeżywać czas wolny od wszelkich zobowiązań w bardziej lub mniej ciekawy sposób. Niedługo później dowiedziałam się, że na te same imprezy, których chcą pisać moi koledzy/koleżanki, uczęszczają czasem analitycy wykorzystujący zaobserwowane tam zachowania w strategiach marketingowych swoich klientów. Oczywiście to nie wina tych imprez i wciąż na nie chodzimy w miarę możliwości, ale isn’t it ironic?
  6. Po zaszyciu się w naszych jaskiniach przez długie kilka miesięcy Monika w końcu rzuciła odpowiednie hasło – histeria. Ono o wiele lepiej wyraża to, co chcemy powiedzieć. A chcemy mówić różne rzeczy. Premiera odbędzie 21 kwietnia 2017, tam gdzie zwykle. Informujemy z tak dużym wyprzedzeniem, żebyście na pewno przyszli, bo już wiemy, że będzie dużo atrakcji. I trudno o terminy, więc musimy tym razem, w wbrew sobie, spiąć tyłki.
  7. Rwa jest naszym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Cytując Tedego (bo zawsze jest czas oraz miejsce na cytat z Tedego czy innych wielkich polskiego rapu i to pomimo jego nieeleganckiego zachowania w „Rae Sremmurd-gate”): Zap-zap-zapraszam Cię do mego świata.
  8. Wszystkie osoby, które dostarczyły nam rzeczy do numeru, który się nie ukazał, serdecznie przepraszamy. Poprosimy o wyrozumiałość i ewentualną chęć dogadania się.

Modern guilt

Autor: Mateusz Romanowski

zespół Blink-182 (źródło: uncyclopedia.wikia.com/)

Wstęp (luty 2014)

Nie pamiętam, czy dowiedziałem się od Miłosza czy od Andżeliki, że motywem przewodnim nowego numeru Rwy będzie guilty pleasure. Oglądałem wtedy namiętnie filmy z Adamem Sandlerem, które (w obiegowej opinii) uchodzą za głupie, więc napisałem coś o nich.

 

Rozwinięcie (16-go stycznia 2015 i później)

Mówię więc Andżelice coś w stylu „Wiesz jak to jest, kiedy napisałaś jakiś tekst bardzo dawno temu, wydaje Ci się fajny, a później go czytasz i, właściwie to, masz wrażenie, że do niczego się nie nadaje. Jakbyś nie miała nic przeciwko temu, to spróbowałbym napisać o czymś innym”. Spotykam się ze zrozumieniem Andżeliki, więc trochę później dochodzę do mało odkrywczego wniosku, że moim zdaniem nie ma czegoś takiego, jak guilty pleasure, a jeśli jest, to w ogólnym rozrachunku wcale nie jest fajne. Dlaczego fajne ma być upodobanie, które musimy chować? Dlaczego musimy zastanawiać się, czy akurat w danym towarzystwie przyznanie się do słuchania – dajmy na to – The Smashing Pumpkins będzie spowite aurą obciachu, bo są tam “te straszne solówki”?

Fenomenalnymi uczuciami i konsekwencjami związanymi z słuchaniem muzyki jest wymiana poglądów, bo, jak to ładnie określił w książce “Sceniczne rytuały” Simon Frith, jest to równie wdzięczny temat do rozmowy jak i sport (zresztą – dla tych, których zawsze nudziły mecze piłki nożnej i nie mają pamięci do nazwisk jest nawet lepszy). Przykładowo – która płyta jest fajniejsza od innej; dlaczego typ x jest jebanym egocentrykiem i kiedy już z tym egocentryzmem zaczął przesadzać; teksty y to grafomania, czy może szczera prawda o życiu;  “-Idziesz na koncert? -Nie, nie idę, bo jest inny koncert.”; dlaczego inny koncert jest lepszy niż ten, o którym ktoś inny myśli, że jest lepszy (choć dla mnie na przykład nie jest); dlaczego kapela x nie zasługuje na popularność, skoro przecież jest kapela y, która gra w sumie w podobnym stylu, a do tego dłużej i ma fajniejsze inspiracje.  To przecież temat rzeka, w którym z jednej strony zależy nam na tym, by uwieść innych trafnością naszych własnych „strzałów” i spostrzeżeń, z drugiej – dzielić z nimi wspólne doświadczenie. Żeby dzielić ze mną wspólne doświadczenie znajomy z innego bandu, z którym graliśmy wspólne koncerty może na przykład powiedzieć: „Wiem, że lubisz oldschoolowe francuskie screamo, obadaj to”, po czym zapuścić na Bandcampie świetny skład wydany w DIY labelu, który pewnie nawet nie ma strony na Facebooku.

W czasach świetności nu metalu chodziłem do podstawówki. Przy okazji jakiegoś wypadu na stadion X-lecia wybrałem sobie płytę „Hybrid Theory” Linkin Park. Z inną niż oryginalna (czerwoną, a nie szarą) okładką i dopiskiem „extended edition” (co oznaczało mniej więcej, tyle że dodano tyle bezsensownych bonus tracków, żeby maksymalnie wyeksploatować objętość cedeka). Na MTV2 szalało „In The End” i „One Step Closer”, więc myślałem, że to będzie dobry punkt wyjścia do zapunktowania u starszego kolegi. Niestety, okazało się, że „oni przecież nawet nie przeklinają” i są „dla dziewczyn” , w przeciwieństwie do Limp Bizkit, którzy nawijali o pierdoleniu się jak zwierzęta i przeklinali. Bardzo przeklinali. O swoim guilty pleasure dowiadujemy się więc w momencie, w którym nasze wyobrażenie o tej wspomnianej nici porozumienia zostaje podniszczone. Tego typu sytuacje pokazują prawdziwą twarz guilty pleasure, czyli wstyd i zakłopotanie wynikające z niezrozumienia reguł tej gry. To tak jakby stary oiowiec gadał o punk rocku ze szczawikiem, który właśnie doznaje przy „Americanie” The Offspring; jakby o emo gadali ze sobą podstarzały brodacz recytujący bez podglądania katalog Dischordu i typek zajawiony My Chemical Romance. Te opozycje są jaskrawe i można mieć pewność, że podobne osoby raczej się nie spotkają, ale przecież wstyd wynikający z lubienia czegoś zdarza się każdemu. Trzeba więc następnie obronić samego siebie przed atakami innych, żeby nie czuć się winnym. Dlatego to właśnie nie jest miłe.

Mimo tego, guilty pleasure może być przyjemne, kiedy już zostanie w jakiś sposób obronione jako coś, co nie jest guilty. Można zrobić jak na Porcysie, zestawienie 100 najlepszych polskich płyt, tylko po to, żeby udowodnić, że najlepsza z nich wszystkich jest ta autorstwa zespołu Papa Dance (przecież wszyscy wiedzą, że nie jest), a cała zabawa to tylko przekorne podkreślenie swojej niezależności i dystynkcji w stylu „Zrobiliśmy poważne zestawienie z dużą ilością wartościowych płyt, więc przecież nie można powiedzieć, że się nie znamy, nie jesteśmy po prostu uprzedzeni do tak znakomitego popu”. Rozumiem guilty pleasure jako błąd kogoś, kto myślał, że się zna i aspiruje do wydawania sądów słusznych i uniwersalnych. Słuchanie disco polo przez fanów disco polo nie jest guilty pleasure. Słuchanie disco polo przez fanów muzyki awangardowej to jednak guilty pleasure, które trzeba obronić.

 

Zakończenie (7 lutego 2015)

Nagłaśniam koncert Warsaw Pop Punk vol.1. Jestem na kacu, bo dzień wcześniej piłem przed free-jazzową Pokusą i noise rockową Złotą Jesienią w Dwa Osiem. Co gorsza piłem też po koncertach. Mimo że jestem w pracy, bo muszę wpiąć parę kabli i pilnować, żeby nic nie sprzęgało, czuję się jak na dyskotece szkolnej i nie do końca jestem przekonany co do tego, czy to dobrze. Ktoś przyniósł dmuchaną palmę, żeby poczuć się bardziej jak w Kalifornii, a prawie wszystkie bandy (oprócz pierwszego) grają jakieś covery. Przy niemiłosiernie fałszujących pop-punkowcach z Włoch, podbija do mnie typek z pracy i mówi, że to już trzeci cover Blink-182. Nie poznałem żadnego. Może dlatego, że poza „All the Small Things” nie znam ich twórczości na wyrywki, a może dlatego, że jestem kiepski w niuansowanie pop punku. Jedynym moim światłem w tunelu jest zatem jeden serdeczny ziomek, który ma chyba podobny problem do mnie, a nawet dwa, bo też pił i też czuje się tutaj nieswojo. Jeśli mam tak samo skatowaną mordę jak on na tej dyskotece to muszę się czuć jak brzydki zrzędzący wychowawca. Wchodzić na krzesło i sprawdzać, który statyw się właśnie wyjebał; marudzić, że „(…) chłopaki, ale to bez sensu, że te piece takie głośne, wiecie, niby mam zatyczki, ale trochę bym się ściszył”. Wszyscy oprócz mnie czują się cudnie. I w tym całym piekle ja jako typ, który tym razem wolałby zostać w domu (ewentualnie pójść na spacer) lub też przez cały czas kmini nad tym, co dopisać do swojej magisterki, ku własnemu zaskoczeniu dostrzegam coś pięknego. Że tylu osobom (frekwencja w okolicach 70-ciu osób) chciało się w lutym (kiedy jest zimno, napierdala śnieg, politycy są brzydcy i to wszystko jeszcze w Polsce) przyjść do klubu i bawić się do muzyki, która tu tak bardzo nie pasuje. Wcale. Jest oderwana od jakiegokolwiek kontekstu, chyba że kontekstem byłyby międzykontynentalne, młodzieńcze frustracje w duchu „American Pie”. Nikt nie musi się zastanawiać czy to jest guilty pleasure, bo wszyscy są zajawieni, jakby oglądali właśnie koncert, który odmienia oblicze muzyki. Tylko ja mogę tutaj czuć się winny, że ten fenomen może mnie tylko zadziwić, ale nie jestem w stanie go w żaden sposób poczuć. Nie było to najmilsze doświadczenie na świecie, ale bez niego nie dokończyłbym tego tekstu. Do tej pory nie przeżyłem nic, co mocniej utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że guilty pleasure zależy od relacji władzy albo nie istnieje.

W pułapce guilty pleasure – postscriptum

Tydzień temu na stronie Rwy opublikowaliśmy dyskusję Andżeliki Kaczorowskiej i Filipa Szałaska. Spotkała się z dość dużym odzewem. M.in. dostaliśmy w tej sprawie długi list od jednego z czytelników – publikujemy go razem z odpowiedzią autorów, która stanowi luźne uzupełnienie do ich tekstu.

Roger Waters z delfinem (źródło: http://www.rogerwaters.org)

 

Wojtek Zakrzewski: Wolałbym, żebyście poruszali temat guilty pleasure z perspektywy tego, co on znaczy dla Was, bo w momencie, kiedy Filip wspomina o „poczuciu winy z powodu prześlepienia techno pod wpływem stereotypu”, zaczynam myśleć, że na takie imprezy nie bardzo chodzi i to jego guilty pleasure nie jest. Niedawny wywiad z organizatorami Wixapolu albo z Jackiem Plewickim o organizowanych przez niego Brutażach mogą pokazywać, jak bardzo samym twórcom tych wydarzeń (mylnie) wydaje się, kto jest targetem tych imprez. Na Wixapolu nie mamy wcale parytetu ubranych na czarno niezalowców i dresiarzy z Pragi, tak samo jak Brutaż nie jest otwarty dla zmęczonych pracą w korporacji ludzi (co mógłby sugerować zalinkowany tekst). Zresztą, porzućmy termin guilty pleasure, bo ja sam na imprezy techno nie chodzę z przekonaniem, że to może być w jakikolwiek sposób wstydliwe. Wstyd zabiera w takich momentach anonimowość – nie wiesz, kto tańczy obok Ciebie, nie wiesz, kto (i co) gra przed tobą. Typowe wyjście do klubu, które w Polsce zdarzyło się kilka(naście) lat później po analogicznych wyjściach do klubu w krajach zachodnich. No i też nie zgodzę się z opinią Filipa, że nie można już nieironicznie dołować się muzyką…>> CZYTAJ DALEJ

 

GUILTY PLEASURE: Gilotyna

Kolejny tekst w temacie trzeciego numeru. Krzysztof Sokół „Gilotyna”.

 

 

stanczyk

1.

Kiedy miałem sześć lat kolega zaprosił mnie na swoje urodziny. Nazywał się Afe. Wszystkie dzieci się z niego śmiały, a ja go lubiłem. On lubił mnie. Nałogowo wycierał nos w swój rękaw. Zawsze nosił ciemne ubrania polepione glutami. Inni się tym brzydzili, ja byłem rozczulony. Podczas urodzin Afe poprosił, żebyśmy pobawili się w piratów. Związałem go więc i zamknąłem w szafie, po czym poszedłem grać na jego komputerze w Wormsy. To była wtedy nowość.
Moja urodzinowa niespodzianka bardzo się Afe spodobała. Dla mnie te urodziny były niezbyt nieudane, bo po wielkiej porcji tortu z górą bitej śmietany długo wymiotowałem na kanapę. Potem ignorowałem zaproszenia na podobne imprezy, ponieważ skojarzyłem te dwa elementy – imprezę i rzyganie. Po dziś dzień bardzo nie lubię rzygać – choć czasem mi się to zdarza w podróży albo ze stresu.
W moim sześcioletnim życiu pojawiły się jednak wkrótce emocje, które przelicytowały tę zafiksowaną relację z siedzącym w szafie Afem. Na urodziny zaprosiła mnie dziewczynka z sąsiedztwa, która się we mnie kochała. Poinformowałem rodziców, że zostaję w domu i zamknąłem się w swoim pokoju-azylu. Najpierw byłem szczęśliwy, potem się popłakałem. Pomyślałem, że Ba jest dość brzydka i nie chcę, żeby była samotna. Poszedłem. Oczywiście było u niej sporo osób. Mimo to całkiem dobrze się bawiłem, bo najadłem się przed wyjściem i nie tknąłem niczego, co serwowali jej rodzice.
Teraz moja koleżanka jest ładna, ale i tak nie domyśli się, że to o nią chodzi. Nie pamięta tego, ponieważ nie przeżyła takiej burzy emocji jak ja, kiedy szedłem do niej jak na ścięcie.

 

CZYTAJ DALEJ >>