Modern guilt

Autor: Mateusz Romanowski

zespół Blink-182 (źródło: uncyclopedia.wikia.com/)

Wstęp (luty 2014)

Nie pamiętam, czy dowiedziałem się od Miłosza czy od Andżeliki, że motywem przewodnim nowego numeru Rwy będzie guilty pleasure. Oglądałem wtedy namiętnie filmy z Adamem Sandlerem, które (w obiegowej opinii) uchodzą za głupie, więc napisałem coś o nich.

 

Rozwinięcie (16-go stycznia 2015 i później)

Mówię więc Andżelice coś w stylu „Wiesz jak to jest, kiedy napisałaś jakiś tekst bardzo dawno temu, wydaje Ci się fajny, a później go czytasz i, właściwie to, masz wrażenie, że do niczego się nie nadaje. Jakbyś nie miała nic przeciwko temu, to spróbowałbym napisać o czymś innym”. Spotykam się ze zrozumieniem Andżeliki, więc trochę później dochodzę do mało odkrywczego wniosku, że moim zdaniem nie ma czegoś takiego, jak guilty pleasure, a jeśli jest, to w ogólnym rozrachunku wcale nie jest fajne. Dlaczego fajne ma być upodobanie, które musimy chować? Dlaczego musimy zastanawiać się, czy akurat w danym towarzystwie przyznanie się do słuchania – dajmy na to – The Smashing Pumpkins będzie spowite aurą obciachu, bo są tam “te straszne solówki”?

Fenomenalnymi uczuciami i konsekwencjami związanymi z słuchaniem muzyki jest wymiana poglądów, bo, jak to ładnie określił w książce “Sceniczne rytuały” Simon Frith, jest to równie wdzięczny temat do rozmowy jak i sport (zresztą – dla tych, których zawsze nudziły mecze piłki nożnej i nie mają pamięci do nazwisk jest nawet lepszy). Przykładowo – która płyta jest fajniejsza od innej; dlaczego typ x jest jebanym egocentrykiem i kiedy już z tym egocentryzmem zaczął przesadzać; teksty y to grafomania, czy może szczera prawda o życiu;  “-Idziesz na koncert? -Nie, nie idę, bo jest inny koncert.”; dlaczego inny koncert jest lepszy niż ten, o którym ktoś inny myśli, że jest lepszy (choć dla mnie na przykład nie jest); dlaczego kapela x nie zasługuje na popularność, skoro przecież jest kapela y, która gra w sumie w podobnym stylu, a do tego dłużej i ma fajniejsze inspiracje.  To przecież temat rzeka, w którym z jednej strony zależy nam na tym, by uwieść innych trafnością naszych własnych „strzałów” i spostrzeżeń, z drugiej – dzielić z nimi wspólne doświadczenie. Żeby dzielić ze mną wspólne doświadczenie znajomy z innego bandu, z którym graliśmy wspólne koncerty może na przykład powiedzieć: „Wiem, że lubisz oldschoolowe francuskie screamo, obadaj to”, po czym zapuścić na Bandcampie świetny skład wydany w DIY labelu, który pewnie nawet nie ma strony na Facebooku.

W czasach świetności nu metalu chodziłem do podstawówki. Przy okazji jakiegoś wypadu na stadion X-lecia wybrałem sobie płytę „Hybrid Theory” Linkin Park. Z inną niż oryginalna (czerwoną, a nie szarą) okładką i dopiskiem „extended edition” (co oznaczało mniej więcej, tyle że dodano tyle bezsensownych bonus tracków, żeby maksymalnie wyeksploatować objętość cedeka). Na MTV2 szalało „In The End” i „One Step Closer”, więc myślałem, że to będzie dobry punkt wyjścia do zapunktowania u starszego kolegi. Niestety, okazało się, że „oni przecież nawet nie przeklinają” i są „dla dziewczyn” , w przeciwieństwie do Limp Bizkit, którzy nawijali o pierdoleniu się jak zwierzęta i przeklinali. Bardzo przeklinali. O swoim guilty pleasure dowiadujemy się więc w momencie, w którym nasze wyobrażenie o tej wspomnianej nici porozumienia zostaje podniszczone. Tego typu sytuacje pokazują prawdziwą twarz guilty pleasure, czyli wstyd i zakłopotanie wynikające z niezrozumienia reguł tej gry. To tak jakby stary oiowiec gadał o punk rocku ze szczawikiem, który właśnie doznaje przy „Americanie” The Offspring; jakby o emo gadali ze sobą podstarzały brodacz recytujący bez podglądania katalog Dischordu i typek zajawiony My Chemical Romance. Te opozycje są jaskrawe i można mieć pewność, że podobne osoby raczej się nie spotkają, ale przecież wstyd wynikający z lubienia czegoś zdarza się każdemu. Trzeba więc następnie obronić samego siebie przed atakami innych, żeby nie czuć się winnym. Dlatego to właśnie nie jest miłe.

Mimo tego, guilty pleasure może być przyjemne, kiedy już zostanie w jakiś sposób obronione jako coś, co nie jest guilty. Można zrobić jak na Porcysie, zestawienie 100 najlepszych polskich płyt, tylko po to, żeby udowodnić, że najlepsza z nich wszystkich jest ta autorstwa zespołu Papa Dance (przecież wszyscy wiedzą, że nie jest), a cała zabawa to tylko przekorne podkreślenie swojej niezależności i dystynkcji w stylu „Zrobiliśmy poważne zestawienie z dużą ilością wartościowych płyt, więc przecież nie można powiedzieć, że się nie znamy, nie jesteśmy po prostu uprzedzeni do tak znakomitego popu”. Rozumiem guilty pleasure jako błąd kogoś, kto myślał, że się zna i aspiruje do wydawania sądów słusznych i uniwersalnych. Słuchanie disco polo przez fanów disco polo nie jest guilty pleasure. Słuchanie disco polo przez fanów muzyki awangardowej to jednak guilty pleasure, które trzeba obronić.

 

Zakończenie (7 lutego 2015)

Nagłaśniam koncert Warsaw Pop Punk vol.1. Jestem na kacu, bo dzień wcześniej piłem przed free-jazzową Pokusą i noise rockową Złotą Jesienią w Dwa Osiem. Co gorsza piłem też po koncertach. Mimo że jestem w pracy, bo muszę wpiąć parę kabli i pilnować, żeby nic nie sprzęgało, czuję się jak na dyskotece szkolnej i nie do końca jestem przekonany co do tego, czy to dobrze. Ktoś przyniósł dmuchaną palmę, żeby poczuć się bardziej jak w Kalifornii, a prawie wszystkie bandy (oprócz pierwszego) grają jakieś covery. Przy niemiłosiernie fałszujących pop-punkowcach z Włoch, podbija do mnie typek z pracy i mówi, że to już trzeci cover Blink-182. Nie poznałem żadnego. Może dlatego, że poza „All the Small Things” nie znam ich twórczości na wyrywki, a może dlatego, że jestem kiepski w niuansowanie pop punku. Jedynym moim światłem w tunelu jest zatem jeden serdeczny ziomek, który ma chyba podobny problem do mnie, a nawet dwa, bo też pił i też czuje się tutaj nieswojo. Jeśli mam tak samo skatowaną mordę jak on na tej dyskotece to muszę się czuć jak brzydki zrzędzący wychowawca. Wchodzić na krzesło i sprawdzać, który statyw się właśnie wyjebał; marudzić, że „(…) chłopaki, ale to bez sensu, że te piece takie głośne, wiecie, niby mam zatyczki, ale trochę bym się ściszył”. Wszyscy oprócz mnie czują się cudnie. I w tym całym piekle ja jako typ, który tym razem wolałby zostać w domu (ewentualnie pójść na spacer) lub też przez cały czas kmini nad tym, co dopisać do swojej magisterki, ku własnemu zaskoczeniu dostrzegam coś pięknego. Że tylu osobom (frekwencja w okolicach 70-ciu osób) chciało się w lutym (kiedy jest zimno, napierdala śnieg, politycy są brzydcy i to wszystko jeszcze w Polsce) przyjść do klubu i bawić się do muzyki, która tu tak bardzo nie pasuje. Wcale. Jest oderwana od jakiegokolwiek kontekstu, chyba że kontekstem byłyby międzykontynentalne, młodzieńcze frustracje w duchu „American Pie”. Nikt nie musi się zastanawiać czy to jest guilty pleasure, bo wszyscy są zajawieni, jakby oglądali właśnie koncert, który odmienia oblicze muzyki. Tylko ja mogę tutaj czuć się winny, że ten fenomen może mnie tylko zadziwić, ale nie jestem w stanie go w żaden sposób poczuć. Nie było to najmilsze doświadczenie na świecie, ale bez niego nie dokończyłbym tego tekstu. Do tej pory nie przeżyłem nic, co mocniej utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że guilty pleasure zależy od relacji władzy albo nie istnieje.

W pułapce guilty pleasure – postscriptum

Tydzień temu na stronie Rwy opublikowaliśmy dyskusję Andżeliki Kaczorowskiej i Filipa Szałaska. Spotkała się z dość dużym odzewem. M.in. dostaliśmy w tej sprawie długi list od jednego z czytelników – publikujemy go razem z odpowiedzią autorów, która stanowi luźne uzupełnienie do ich tekstu.

Roger Waters z delfinem (źródło: http://www.rogerwaters.org)

 

Wojtek Zakrzewski: Wolałbym, żebyście poruszali temat guilty pleasure z perspektywy tego, co on znaczy dla Was, bo w momencie, kiedy Filip wspomina o „poczuciu winy z powodu prześlepienia techno pod wpływem stereotypu”, zaczynam myśleć, że na takie imprezy nie bardzo chodzi i to jego guilty pleasure nie jest. Niedawny wywiad z organizatorami Wixapolu albo z Jackiem Plewickim o organizowanych przez niego Brutażach mogą pokazywać, jak bardzo samym twórcom tych wydarzeń (mylnie) wydaje się, kto jest targetem tych imprez. Na Wixapolu nie mamy wcale parytetu ubranych na czarno niezalowców i dresiarzy z Pragi, tak samo jak Brutaż nie jest otwarty dla zmęczonych pracą w korporacji ludzi (co mógłby sugerować zalinkowany tekst). Zresztą, porzućmy termin guilty pleasure, bo ja sam na imprezy techno nie chodzę z przekonaniem, że to może być w jakikolwiek sposób wstydliwe. Wstyd zabiera w takich momentach anonimowość – nie wiesz, kto tańczy obok Ciebie, nie wiesz, kto (i co) gra przed tobą. Typowe wyjście do klubu, które w Polsce zdarzyło się kilka(naście) lat później po analogicznych wyjściach do klubu w krajach zachodnich. No i też nie zgodzę się z opinią Filipa, że nie można już nieironicznie dołować się muzyką…>> CZYTAJ DALEJ

 

GUILTY PLEASURE: Gilotyna

Kolejny tekst w temacie trzeciego numeru. Krzysztof Sokół „Gilotyna”.

 

 

stanczyk

1.

Kiedy miałem sześć lat kolega zaprosił mnie na swoje urodziny. Nazywał się Afe. Wszystkie dzieci się z niego śmiały, a ja go lubiłem. On lubił mnie. Nałogowo wycierał nos w swój rękaw. Zawsze nosił ciemne ubrania polepione glutami. Inni się tym brzydzili, ja byłem rozczulony. Podczas urodzin Afe poprosił, żebyśmy pobawili się w piratów. Związałem go więc i zamknąłem w szafie, po czym poszedłem grać na jego komputerze w Wormsy. To była wtedy nowość.
Moja urodzinowa niespodzianka bardzo się Afe spodobała. Dla mnie te urodziny były niezbyt nieudane, bo po wielkiej porcji tortu z górą bitej śmietany długo wymiotowałem na kanapę. Potem ignorowałem zaproszenia na podobne imprezy, ponieważ skojarzyłem te dwa elementy – imprezę i rzyganie. Po dziś dzień bardzo nie lubię rzygać – choć czasem mi się to zdarza w podróży albo ze stresu.
W moim sześcioletnim życiu pojawiły się jednak wkrótce emocje, które przelicytowały tę zafiksowaną relację z siedzącym w szafie Afem. Na urodziny zaprosiła mnie dziewczynka z sąsiedztwa, która się we mnie kochała. Poinformowałem rodziców, że zostaję w domu i zamknąłem się w swoim pokoju-azylu. Najpierw byłem szczęśliwy, potem się popłakałem. Pomyślałem, że Ba jest dość brzydka i nie chcę, żeby była samotna. Poszedłem. Oczywiście było u niej sporo osób. Mimo to całkiem dobrze się bawiłem, bo najadłem się przed wyjściem i nie tknąłem niczego, co serwowali jej rodzice.
Teraz moja koleżanka jest ładna, ale i tak nie domyśli się, że to o nią chodzi. Nie pamięta tego, ponieważ nie przeżyła takiej burzy emocji jak ja, kiedy szedłem do niej jak na ścięcie.

 

CZYTAJ DALEJ >>

W pułapce guilty pleasure

Pierwszy z tekstów, które towarzyszą premierze nowego numeru Rwy poświęconemu tematowi „guilty pleasure”.

Autorzy: Andżelika Kaczorowska i Filip Szałasek

Zdjęcie z wystawy Johna O'Connela "#IAMSORRRYTOO", będącej odpowiedzią na performance Shia LaBeoufa, źródło: huffingtonpost.com

Zdjęcie z wystawy Johna O’Connella „#IAMSORRYTOO”, będącej odpowiedzią na performance Shia LaBeoufa, źródło: huffingtonpost.com

FS: Guilty pleasure powinno się tłumaczyć na polski jako „winny przyjemności” (guilty of pleasure), analogicznie do „winnego zbrodni”. Mowa o słuchaczu, który dopuścił się czerpania przyjemności z czegoś, co nie zasługuje na uwagę, ale zachodzi w jego wypadku okoliczność łagodząca: przyjemność odczuł wbrew sobie. O tym, że ta sytuacja budzi wyrozumiałość, świadczą choćby wątki na forach płytowych, gdzie wylicza się swoje grzeszki i rekomenduje innym. Przypomina to komentarze pod szczególnie groteskowym porno, które budzi podniecenie niechciane albo wręcz obraźliwe dla kultywowanego przez widza wyobrażenia o seksie. Urban Dictionary podaje określenie guilty boner w kontekście potencjalnej zdrady stałej partnerki w wyniku ubezwłasnowolnienia seksapilem nieznajomej. Jesteśmy w domu.

CZYTAJ DALEJ >>